Co w trawie piszczy?
Pieśni łaciatych krów to powieść wyjątkowa na naszym rodzimym gruncie. Dominantą stylistyczną książki jest realizm magiczny, współcześnie rzadko realizowany w Polsce. A raczej rzadko realizowany dobrze. Powieściowy debiut Staniszewskiego przypomina mi Młyn Bałtaragisa czy Sto lat samotności, w których równie dobrze mieszają się przeciwstawne sobie porządki, jak realizm i fantastyka; sacrum i profanum; pogańska ludowość i bogobojne chrześcijaństwo. Pieśni łaciatych krów także działają na tych samych antynomiach – choć wiadomo, w zupełnie inny sposób. W moim odczuciu jest to wielkie osiągnięcie, gdyż pokazuje, że da się od podstaw stworzyć coś ciekawego. Od podstaw w tym sensie, że nie jest to bezmyślny i bezsensowny „przeszczep”, za którym nic konkretnego nie stoi. Powieść opiera się na warmińskim folklorze i typowym dla ludności wiejskiej sposobie postrzegania rzeczywistości.
„Taka to z wami robota”
W małej warmińskiej okolicy znajduje się mała warmińska wieś – Skowycze. Niestety dla siebie, w toku opowieści przestanie być jedynie wioską. Stanie się natomiast epicentrum druzgocących wydarzeń. Skowycze są typową wiochą – mieszkają tu zabobonni, przyziemni ludzie, chytry ksiądz i, crème de la crème, jeden wielki człowiek, czyli Bernard Witten. To on właśnie jest naszym głównym bohaterem, z którym spędzimy najwięcej czasu. Nie znaczy to, że jedynie na nim skupia się narracja. Pieśni łaciatych krów to powieść na tyle obszerna, iż udało się autorowi stworzyć wiele rozbudowanych i ciekawych postaci. W typowy dla bachtinowskiego karnawału sposób bohaterzy są zabawni, wręcz groteskowi. Nigdy nie są jednak nudni czy przerysowani. Skowyczanie w swojej fantastyczności są rzeczywiści. Daleko im również do stereotypizacji. Mają zwykłe, codzienne troski. Wierzą w Boga, ale wierzą również w ludowe przesądy. Te dwa porządki się nie wykluczają, lecz uzupełniają.
Pieśni na dzień ostatni
Co takiego jednak dzieje się w małej warmińskiej wiosce? A to, że szykuje się powoli koniec świata. Pieśni łaciatych krów podzielone są na trzy części, a każda z nich opisuje inny etap naciągającej zagłady. Nie jest to jednak biblijna apokalipsa. Łukasz Staniszewski postanowił pozbawić ją czysto religijnego wymiaru i skupić się na ludycznym charakterze. Katastrofa klimatyczna nie jest spowodowana ludzką głupotą i niedbalstwem. Jest to bezpośredni efekt zachłanności elit – w tym wypadku Wittena. Jest to o tyle ciekawe, że przenosi odpowiedzialność z wszystkich ludzi na kilkoro z nich – tych, których faktycznie mają wpływ na rzeczywistość. Powieściowi winowajcy nie tylko sprawiają, że nadciąga koniec, ale także wpływają na to, jak zachowują się inni bezpośrednio przed upadkiem. Staniszewski trafnie pokazuje funkcjonowanie mechanizmu władzy. A wszystko to przykryte jest płaszczykiem ludowego, czasem wręcz rubasznego humoru. Tych fragmentów nie należy brać na poważnie. Skowycze przecież i tak przestaną istnieć, prawda?
Dyduki, duchy, baby
Ostatecznie apokalipsę może zatrzymać jedynie ten, który jest za nią odpowiedzialny. Tak więc przez ponad 300 stron będziemy świadkami przemiany duchowej Wittena. Musi on przestać być pragmatykiem i nauczyć się być człowiekiem. W moim odczuciu jest to najmniej przekonujący element powieści (a szkoda, bo to praktycznie cała końcówka). Pomimo tego Pieśni łaciatych krów uznać można za jedną z ciekawszych i ważniejszych powieści tego roku. Ważniejszych w tym sensie, że porusza ważną tematykę i zmusza do refleksji nad aktualnym stanem rzeczy. Ważniejszych również w tym sensie, że skupia się na regionalizmie. Istnieje kilka pozycji o Warmii (jak np. Król Warmii i Saturna). Ich przechodzenie do mainstreamu jest istotne w czasie, gdy w Polsce dochodzi do coraz większego kryzysu małych ojczyzn. Powieści jak te pokazują, że agresywna uniformizacja społeczeństwa nie urozmaica – lecz wiele zabiera.