Seria Spektrum Nanny Foss jest… zwykłą przygodówką
Otrzymując trzy ogromne tomy serii Spektrum, nastawiałam się, po opisie, na coś pokroju Stranger Things albo chociaż Więźnia Labiryntu.
Seria składa się z trzech tomów: Leonidy, Geminidy i Ursydy.
Zaczyna się nawet ciekawie, gdyż piętnastolatka, Emi, rysuje portret chłopaka o turkusowych oczach. Tymczasem, jak to w książkach przygodowych, taki jegomość pojawia się na drugi dzień w jej klasie. Dużo zmienia klątwa, przepowiednia żebraczki: „nadchodzi horror vacui„. W tym momencie w życiu dziewczyny zaczynają się dziać dziwne zdarzenia, odbiegające daleko od zdroworozsądkowego myślenia: podróże w czasie, dziwne trójkątne blizny na dłoniach. Akcja krąży wokół typowych problemów młodzieży: szkoła, przyjaciele, budzące się uczucia, codzienne problemy. Ważną rolę tutaj odgrywają sny. Aby być szczerą: drugi tom jest o wiele lepszy od pierwszego. Natomiast trzeci, jakby w ogóle nie pasował do swoich poprzedników i był, tak naprawdę, osobną powieścią.
Każdy tom to inna narracja
W pierwszym tomie narratorką była sama bohaterka – Emi. W drugim Pi, która należy do grupy nastolatków, którzy próbują rozwiązać zagadki, mając przy tym nadprzyrodzone zdolności. Trzeci tom, to trochę inna rzeczywistość, nawet wymiar. Stąd odbiorca może odnieść wrażenie, że ostatnia część jest z przysłowiowej „czapy”. W samym opisie książki widać, że fabuła, tak jakby, w ogóle nie jest ze sobą połączona:
Szesnastoletnia Nasrin spotyka chłopaka, który uratował jej życie, gdy była mała. Tylko że on jej nie pamięta i wciąż ma tyle samo lat co wtedy. Ale Nasrin jest absolutnie pewna, że to ten sam chłopak, chociaż teraz jest niewidomy.
„Lanie wody”, przeciągnięte wątki, skakanie…
Tutaj odbiorca może odczuć wiele niesmaków: wątki, które niekiedy przeciągnięte są do granic możliwości, nadmierne opisy emocji, które nie pozwalają się wczuć w bohaterów (a ci, niestety, nie są wielowymiarowi, ciekawi, tylko każdy pełni jakąś rolę. Dosłownie, jak w grze Dungeons&Dragons). Pojawia się też chaos, kiedy jakiś temat jest rozwijany i nagle narrator skacze do kolejnego. To, jak również „lanie wody”, aby uzupełnić fabułę, powoduje, że czytanie takiej książki wydłuża się w czasie. Odbiorca może również odnieść wrażenie, że to, co zawarte było w trzech tomach, spokojnie mogłoby się zmieścić w jednym dużym lub w dwóch mniejszych.
Dużym plusem może być nieskomplikowany warsztat pisarski. Dzięki temu książka jest łatwiejsza dla odbiorcy. Nie pojawiają się refleksje, przemyślenia dotyczące życia, działań. Seria będzie bardzo przystępna dla młodzieży oraz niektórych dorosłych.
Zapraszamy serdecznie do naszej recenzji prozy tolkienowskiej: Czy proza Tolkiena jest wciąż aktualna? – recenzja książki Nicka Grooma.


