Kate Bryan nie daje nam instrukcji obsługi pędzla. Zamiast tego serwuje nam coś znacznie cenniejszego: buduje przekonanie, że sztuka jest dla każdego. Nie trzeba się na niej znać, nie trzeba też podążać za trendami. Wystarczy, patrząc na dzieła sztuki, szczerze i bez uprzedzeń dostrzec, jakie emocje w nas wywołują.
Od snobizmu do szarego człowieka
Kate Bryan stworzyła niezwykle interesujące połączenie poradnika i reportażu, w którym kompetencje merytoryczne spotykają się z lekkim, popularyzatorskim stylem. Jako historyczka sztuki i doświadczona kuratorka, autorka doskonale wie, jak przełamywać bariery między elitarnym światem galerii a przeciętnym odbiorcą kultury. Swoją opowieść konstruuje w sposób niezwykle klarowny, dzieląc ją na pięć kluczowych etapów. Lekturę rozpoczynamy od fundamentalnego pytania o definicję sztuki, by w kolejnym kroku otrzymać praktyczny zestaw narzędzi ułatwiających odczytywanie skomplikowanych dzieł. Najbardziej inspirująca wydaje się jednak środkowa część książki, w której Bryan demitologizuje postać twórcy, przekonując, że uprawianie sztuki nie wymaga nadprzyrodzonych talentów i jest dostępne dla każdego z nas. Całość uzupełniają wskazówki dotyczące aranżacji własnego „kącika ze sztuką” w domowym zaciszu oraz konkretne rady dla tych, którzy marzą, by oficjalnie wkroczyć na ścieżkę artystycznej kariery.
Lekcje od gigantów (bez nudy)
Największą siłą tej książki jest to, że autorka nie teoretyzuje. Ona zaprasza na „imprezę”, na której gośćmi są Frida Kahlo, czy Andy Warhol. Ale nie po to, by podziwiać ich pociągnięcia pędzla, tylko by podejrzeć, jak radzili sobie z porażką, samotnością.
Czytając Bryan, odnosi się wrażenie, że bycie artystą to w połowie talent, a w połowie… czysta, radosna bezczelność. To odwaga, by pokazać światu coś, co jest „twoje”, nawet jeśli jest niedoskonałe. Ze sztuką jest trochę jak z poezją – radość z jej poznawania odbiera nam paraliżujący strach, że nie zrozumiemy, co autor miał na myśli . Kate Bryan pisze o tym bez snobizmu, który tak często odstrasza od świata sztuki. Jej styl jest jak dobra rozmowa przy winie – jest entuzjazm, jest konkret i zero akademickiego zadęcia.
Wizualnie ta książka też jest ciekawa. Ilustracje Davida Shrigleya sprawiają, że nie chcesz jej po prostu przeczytać i odstawić na półkę.
Werdykt
Jeśli szukasz przepisu na to, jak zostać nowym Picassem w weekend – to Jak robić sztukę nie jest ksiażką dla ciebie. Ta lektura nie porywa, bo po przeczytaniu nie pobiegłam od razu do galerii sztuki, ani nie rzuciłam się na kartkę papieru, by zapełnić je własnymi wizjami. Tym niemniej sprawiła, że przychylniej spojrzałam na malarstwo, a przede wszystkim na własne kompetencje w jego odczytywaniu. Upewniła mnie, że dane dzieło może mi się nie podobać, nawet jeśli budzi zachwyt innych. Może budzić mój smutek, nawet jeśli jest w radosnych kolorach. Mój kontakt z dziełem opiera się na moich doświadczeniach, a to sprawia, że jest indywidualny, a intencje twórcy właściwie nie mają większego znaczenia.
Jeśli interesujesz się sztuką, przeczytaj naszą recenzję albumu Malarstwo!


