OD SŁUŻĄCEJ DO BESTII
Sadie razem z siostrą służą tyranowi. Muszą być na każde jego polecenie, a niesubordynacja kończy się surową karą. Życie dziewczyny wywraca się w pewnym momencie do góry nogami, gdy zostaje uznana za alfę, istotę zdolną do przemiany w bestię, i zmuszona do szkolenia swoich umiejętności. Pod okiem trzech zmiennokształtnych ma uwolnić drzemiącą w środku niej moc, ale nie jest to takie łatwe, gdy wszyscy wokół traktują ją podmiotowo.
ZACZĘŁO SIĘ DOBRZE
Sam pomysł na fabułę był naprawdę dobry. Kocham motyw przemiany w zwierzęta czy potwory, a tak rzadko trafiam na książki tego typu. Historia miała więc dla mnie potencjał. Niestety, wykonanie kuleje, i to mocno. Do pewnego momentu nawet mi się podobało, aż zaczęłam dostrzegać więcej minusów niż plusów. Przede wszystkim akcja zrobiła się chaotyczna i prowadzona zbyt pospiesznie. Brakowało tu płynności przechodzenia z jednej czynności do drugiej. Trudno powiedzieć, czy to kwestia tłumaczenia, czy warsztatu autorki, ale po zapoznaniu się z opiniami innych czytelników skłaniam się raczej ku temu drugiemu.
ROMANTASY BEZ HAMULCÓW
Książka zawiera wiele elementów typowych dla romantasy. Początek jest jeszcze dość przystępny, bardziej skręcający w stronę fantasy, jednak z czasem historia zaczyna coraz mocniej pędzić w stronę +18. Nie byłoby w tym nic złego – takie elementy mogą działać, jeśli są dobrze napisane. Problem w tym, że tutaj ich poziom pozostawia wiele do życzenia. Językowo momentami przypominają wyjęte żywcem z Wattpada, co psuło mi odbiór całej historii.
IRYTACJA ZAMIAST SYMPATII
Jeśli chodzi o bohaterów, żadna z postaci nie została na tyle dobrze rozwinięta, żebym mogła się do niej przywiązać czy ją polubić. W zasadzie wszyscy działali mi na nerwy, szczególnie główna bohaterka. Cała jej osobowość sprowadzała się głównie do jednego aspektu – bycia skrzywdzoną. Ciągle podkreślano, jaka jest mała, drobna, krucha. Dodatkowo ten jej specyficzny sposób myślenia o sobie dobijał mnie – gdy mówiła w duchu, że ma nie być np. zdzirką. Okropnie irytujące były te określenia.
ALE JA JUŻ TO WIEM
Kolejnym problemem są liczne powtórzenia. I nie chodzi nawet o nadużywanie tych samych słów, ale o wielokrotne przekazywanie dokładnie tej samej informacji. Na przykład dostawaliśmy szczegółowy opis tego, w co przemieniają się bohaterowie, a chwilę później – jakby dla pewności, że czytelnik niczego nie przeoczył – autorka podsumowała w jednym zdaniu, kto w co się zmienił. Trudno nie zastanawiać się nad sensem takich zabiegów, sprawiają wrażenie jedynie sztucznego wydłużania tekstu.
PODSUMOWANIE
Psychozmienni ostatecznie mnie nie przekonali. Dostrzegam w nich jednak potencjał na guilty pleasure – szczególnie dla osób lubiących bardziej niegrzeczne romantasy, którym nie przeszkadza prostszy styl, brutalność czy schematyczne rozwiązania. Ja raczej nie sięgnę po kolejne tomy tej serii, choć nie wykluczam, że dam jeszcze szansę autorce i skuszę się mimo wszystko na tego Herkulesa.
Zapraszam do recenzji Wiarołomcy.


