Filozofia pracy

Siedzimy z Michałem na ławeczce pod dachem, na skraju pola. Jest gorąco, chyba z trzydzieści pięć stopni. Mamy półgodzinną przerwę, później wracamy na łopatę. Jemy kanapki.

Michał mówi:

– Sprawa wygląda tak. – Ma kanapkę z szynką i serem, ale przez gorąc ledwo może ją przełknąć. – Codziennie słyszę tu „robota to robota”. Ale to nie do końca prawda, nie? My tu tylko na chwilę, prawda? Ile to jest dwa miesiące?

– Prawda – przytakuję.

Michał to w ogóle dziwna sprawa. Chłop z Podkarpacia, starszy ode mnie. Nie studiuje. Ale ma ogromny łeb. Nie, że wodogłowie czy coś, jego głowa wygląda normalnie. Po prostu jest jedną z najinteligentniejszych osób, jakie znam. Serio, nie przesadzam. Michał opowiadał mi o sobie wiele, mieszka w okolicach Sanoka (nawet nie wiem, gdzie to jest), na wsi, małej, śmiesznie małej. Chodził do złej podstawówki, złego gimnazjum i złej zawodówki. I doskonale o tym wie.

– Ale wyobraź sobie – mówi dalej – że miałbyś tu zostać na dwa lata. Albo trzy. Albo choćby rok, nie? Tutaj, na tym polu, we Flevolandzie. Na tej łopacie. Przychodziłbyś codziennie na siódmą, kopał stamtąd – pokazuje palcem na lewo – dotąd. Zajęłoby ci to pewnie z tydzień. No a w następnym tygodniu kopiesz tam i tam. Aż w końcu przekopiesz całe pole i przenieśliby cię na następne.

– No. – Jem swoją kanapkę. Jakaś holenderska nutella. Orzechowa, smaczna, ale za słodka. Moja dziewczyna ją uwielbia.

– Chciałbyś tak?

– Co?

– Czy chciałbyś tak? Tydzień w tydzień.

– Pewnie, że nie.

Widać, że przez chwilę nad czymś myśli. Robi to często. Nieważne, jaką akurat robotę nam dało szefostwo, nieważne jak ciężką, on co najmniej kilka razy w ciągu dnia musiał przystanąć, popatrzeć na horyzont, pomyśleć. Czasem mówił mi. Czasem nie.

– No tak, jasne, że byś nie chciał. Ale ty myślisz, że masz perspektywy. Że studia, duże miasto. A gdybyś nie miał?

– Mówisz o sobie?

Michał śmieje się. Poprawia baseballówkę na głowie. Jest brudna od błota.

– Mówię ogólnie. Może o sobie, może nie. Mówię o każdym. To jakaś formuła, rozumiesz?

– Nie wiem.

– No to po prostu odpowiedz mi na pytanie: co, gdybyś nie miał? Perspektyw?

Myślę przez jakiś czas. Czasem chciałbym w spokoju spędzić przerwę, ale Michał mi nigdy nie pozwala. Lubi rozmawiać. Lubi dzielić się spostrzeżeniami.

– Musiałbym coś wymyślić.

– No, ale przecież co byś niby mógł wymyślić? Musiałbyś zaakceptować coś, co ci nie pasuje. Coś, czego nie chcesz. Nie zostaniesz gwiazdą rocka, reżyserem, astronautą. Co najwyżej strażakiem albo krawężnikiem, i to jeśli serio się postarasz.

– Ale ja nie chcę…

– Wiem, wiem.

Czuję się przy nim głupio. Zawsze. Na początku trochę mnie to zniechęcało, później spróbowałem to docenić. Udało się. Połowicznie.

– Ale nie masz wyboru – mówi. – Perspektywa jest taka: albo będziesz ciągle zmieniał robotę, jak my tutaj, w poszukiwaniu czegoś, co ci spasuje (nigdy nie spasuje), albo zostaniesz w jednej, parszywej robocie.

– Yhym.

– Jak myślisz, ile czasu minie, zanim się przyzwyczaisz?

Kończę kanapkę z nutellą. Na stole, w plastikowym kubku, parzy się herbata, już za długo. Nasypało mi się do niej trochę błota, ale na tym polu to normalne. Błoto to składnik codziennej diety.

– Nie wiem – odpowiadam, zgodnie z prawdą. – Pół roku? Rok?

– Czyli uważasz, że w końcu byś się przyzwyczaił?

– No tak – marszczę brwi. – Przecież człowiek do wszystkiego się przyzwyczaja, nie? Sam mi o tym mówiłeś…

– To było tydzień temu. – Kończy kanapkę. Wyciąga z kieszeni papierośnicę. Zapala. – A dzisiaj jest dzisiaj. W nocy się nad tym zastanawiałem. Czyli co, przyzwyczaiłbyś się?

– Chyba… Tak, chyba tak.

Michał wypuszcza z ust dym. Rozlega się smród, nieprzyjemny, ostry. Nienawidzę szlugów. Moi rodzice palili, moja siostra pali. Chce mi się rzygać, ale nie chcę odchodzić. Nie chcę sprawić Michałowi przykrości.

– No i tutaj leży problem – mówi. – To źle, że byś się przyzwyczaił.

– Czego?

– Bo to obniża standard, rozumiesz. Twój standard. Standard twojego życia. Każdy jakiś ma. I ten standard może się, jak to powiedzieć, podnieść albo obniżyć. Podnoszenie standardów, o to chodzi w życiu.

– Ale przecież sam powiedziałeś, że jakbym nie miał perspektyw…

Macha ręką. Uciszam się. Wkurza mnie tym machaniem ręką. Wyrobiłem sobie nawyk zamykania ust, gdy tak robi, i nie jestem z tego zadowolony. Czuję się trochę jak pies.

– No tak, tak powiedziałem, bo tutaj wszyscy tak gadają. Ale chodzi mi o to przyzwyczajanie się. Czytałeś kiedyś o więźniach obozów? Jak taki wychodził na wolność, to stawał na baczność przed swoim szefem w sklepie. Obniżył swój standard, rozumiesz, przyzwyczaił się. Ustabilizował w robocie. Nie cieszyło go to, cierpiał. To oczywiście skrajny przypadek, ale wiesz, o co mi chodzi.

Trochę wiedziałem, trochę nie. Nie odezwałem się.

– Przy takim przyzwyczajaniu się nadchodzi moment – mówi dalej – w którym idziesz do roboty na siódmą, wychodzisz o siedemnastej i nie masz zielonego pojęcia, co w tej robocie robiłeś. Bo wszystko odbywa się machinalnie, w twojej głowie, rozumiesz. Wcześniej robiłeś różne rzeczy, żeby przetrwać te dziesięć godzin: słuchałeś muzyki, podcastów, audiobooków, tak? A teraz po prostu przychodzisz i wychodzisz. Nie czerpiesz z roboty satysfakcji, ale nie sprawia ci ona bólu, nie przynosi zmęczenia, znudzenia. Wracasz do domu i robisz różne inne rzeczy, jak gdyby nigdy nic. To jakaś masakra.

– Czemu? – pytam. Michał patrzy się na mnie dziwnie, jak na debila. Znam ten wzrok.

Czemu?

– No tak, czemu? Przecież zarabiasz przez ten czas. Po pracy możesz zająć się pasją, hobby, a praca mija ci, jakbyś w ogóle w niej nie był. To przecież dobrze, nie? W końcu robota to rob… – Gryzę się w język. On się uśmiecha.

Opiera się wygodnie o blat stołu.

– Robota to robota, co? – Znowu wypuszcza z ust dym. – A stabilizacja motylka to szpilka. Przyzwyczajenie, Rafał. To twój największy wróg. Ludzie gadają tak zawsze, w filmikach na Youtubie, w poradnikach lifestylowych. Mówią, żeby strzec się rutyny. Ale nie da się. Rutyna jest dobra, rutyna pomaga. Ale przyzwyczajenie to zło. Zwłaszcza przyzwyczajenie się do czegoś, do czego w normalnych warunkach nigdy byś nie nie przyzwyczaił.

Michał kończy papierosa, wyrzuca kiep na ziemię. Kiep dymi się jeszcze przez jakiś czas, po czym gaśnie. Chowa swoje niebieskie opakowanie na kanapki do plecaka. I plecak, i opakowanie są całe w błocie.

– Ale to nie takie proste.

Sam co jakiś czas mam ochotę zapalić. W Polsce tak nie było, ale tutaj palą wszyscy. Palą i piją kawę. Boję się kawy. Boję się, że mi się spodoba.

– To nie takie proste, wiesz? – ciągnie. – Bo gdybyś po prostu miał możliwość robienia tego, co chcesz, to świat byłby lepszym miejscem. Ale nie masz. Prawie nikt nie ma. Więc stajemy, jako ludzie, w cywilizacji, przed wyborem. Zmieniać miejsce pracy, ze złego na złe, bo przecież nie ma perspektyw, tak ustaliliśmy na początku. Więc wybieramy. Albo zostajemy w jednym miejscu i nie czujemy już nic, albo zmieniamy robotę i cierpimy. Przyzwyczajenie pokonane. Tylko czy to na pewno dobre rozwiązanie, nie?

Wiem, że wyglądam na zdezorientowanego, ale nic nie mogę na to poradzić. Michał to widzi, wiem, że widzi, bo widzę ten cwany uśmiech na jego twarzy.

Przeklęty dupek.

– Tego nie zrozumieją ludzie z wielkich miast. Albo z napompowanych uniwersytetów. Albo dzieciaki lekarzy czy prawników. Niby proste równanie, nie? Wolałbyś cierpieć czy nie cierpieć?

– Dwie minuty nam do końca przerwy zosta…

– Oczywiście, że nie cierpieć. Tylko alternatywą nie jest szczęście. Alternatywą jest poczucie nicości. Czyli nie-czucie.

Patrzę na zegarek w telefonie. Rzeczywiście, zostały dwie minuty. Dobry strzał. Gdzieś w oddali widzę Niebieskiego. Gruby maszeruje po polu jak żołnierz z za dużymi bicepsami i ogląda sadzonki. Czasami klęka, czasami coś pomaca. Mam wrażenie, że on sam nie ma pojęcia, co robi. Że robi to tak po prostu, byle wyglądać profesjonalnie.

– To ja chyba wybieram cierpieć – stwierdza Michał.

Wzruszam ramionami. Serio, nie mam pojęcia co odpowiedzieć. Złamał mnie. Nie mam ochoty go słuchać. Dobrze, że przerwa się kończy.

– To ja chyba wybieram cierpieć, bo boję się tego nie-czucia. – mówi i wstaje. Łapie za łopatę. – Boję się go jak cholera, Rafał.


Przeczytaj też felieton o rocznicy zamachu na World Trade Center.

Powiązane artykuły

Komentarze

Zostaw komentarz

Wprowadź swój komentarz
Wprowadź swoje imię

Rankingi

Antagoniści Marvel i DC Comics – najlepsi z najgorszych

Marvel i DC Comics od zarania dziejów (a przynajmniej od cyklicznych docinek Stana Lee w stronę konkurencji) rywalizują między sobą na rynku komiksowym i...

Polecane

Zmarł Papcio Chmiel, twórca kultowych komiksów z Tytusem

Dziś w nocy, w wieku 97 lat, zmarł Henryk Jerzy Chmielewski, znany jako Papcio Chmiel. Najsłynniejszy polski twórca komiksów.Urodzony 7 czerwca 1923 roku w...

Antagoniści Marvel i DC Comics – najlepsi z najgorszych

Marvel i DC Comics od zarania dziejów (a przynajmniej od cyklicznych docinek Stana Lee w stronę konkurencji) rywalizują między sobą na rynku komiksowym i...

„Winni jesteśmy wszyscy” – zapowiedź

Dwukrotny laureat konkursu organizowanego przez Międzynarodowy Festiwal Kryminału, topowy i uznany pisarz powraca z najnowszą powieścią Winni jesteśmy wszyscy. Gdzie tym razem zabierze nas...