Jedna wielka katastrofa – rocznicowa recenzja filmu „Smoleńsk”

- Reklama -

Oto, drodzy czytelnicy, jedna z pierwszych napisanych przeze mnie recenzji. Na Smoleńsk wybrałem się, gdy był jeszcze kinową nowością. Dziś, niemal pięć lat po premierze, uważam go za najgorszy film nakręcony w III Rzeczpospolitej. Nigdy nie zdecydowałem się na ponowny seans, chociaż gniot Antoniego Krauzego straszy na Netfliksie. Poza tym każdego 10 kwietnia pokazuje go zarządzane przez Jacka „Goebbelsa” Kurskiego TVP. Nie inaczej będzie w tym roku. Czy warto przekonać się na własnej skórze, czym jest to „dzieło”?

Nie wiem, co mnie podkusiło, aby pójść na Smoleńsk. Sadomasochistyczna ochota obcowania z dziełem kinematograficznym, którego trailery bardziej śmieszyły, niż zachęcały do wizyty w kinie czy raczej zwykła ciekawość zobaczenia czegoś, o czym trąbiono przez kilka lat w mediach? Tak czy owak, postanowiłem dać reżyserowi szansę, wydając całe siedemnaście złotych na bilet.

Kinowa przygoda

Po dwudziestu minutach nudnych reklam kosmetyków wreszcie ukazały się napisy początkowe. Dowiadujemy się z nich, że za scenariusz odpowiadały aż cztery osoby, wliczając reżysera Antoniego Krauzego, którego kojarzyłem tylko z filmu Czarny Czwartek. Janek Wiśniewski padł(2011), poświęconego wydarzeniom grudniowym z 1970 roku. Sam obraz, chociaż naładowany kiczem i patosem, zrekonstruował jako tako atmosferę peerelowskiej epoki, zasługując na mocno średnie noty. W każdym razie nie był tragiczny, co dawało iskierkę nadziei, że Smoleńsk, przy pewnej przychylności recenzenckiej, wyciągnie „przyzwoite” 4/10. Tak się nie stało. Ilość zapędzonych do roboty scenarzystów nie przyniosła pozytywnego efektu. Scenariusz to największy mankament, wręcz swoiste przekleństwo recenzowanego przeze mnie „dzieła”.

Źródło: Filmweb

Lecimy na pełnej inbie!

Film rozpoczyna się, jakżeby inaczej, od katastrofy prezydenckiego samolotu. Myliłby się jednak ktoś mniemający, że na samym początku jego oczom ukaże się widowiskowe bum. Owa atrakcja została zarezerwowana na finał, który nastąpił dopiero po dwóch godzinach historii dziennikarskiego śledztwa niejakiej Niny (Beata Fido) — młodej reporterki z komercyjnej stacji TVM. Nina początkowo spełnia każde życzenie swojego bezimiennego szefa (Redbad Klynstra), pragnącego zdyskredytować zarówno samą hipotezę zamachu, jak i jej zwolenników. Kobieta jednak po jakimś czasie dochodzi do wniosku, iż coś było na rzeczy. Mimo plagi samobójstw osób zainteresowanych katastrofą usiłuje wyjaśnić sprawę na własną rękę.

Tak oto prezentuje się cała (wyjąwszy retrospekcje z Lechem Kaczyńskim, odgrywanym przez Lecha Łotockiego) historia przedstawiona w filmie Smoleńsk. Na papierze wygląda to niby dobrze, bo archetyp dziennikarzy-detektywów jest nośny i dzięki poprawnej interpretacji może wstrząsnąć widzem. Za przykład niech posłuży oscarowy Spotlight poruszający temat pedofilii w Kościele rzymskokatolickim. Warunkiem jest racjonalny, poprowadzony z żelazną konsekwencją scenariusz.

TW Faraon i spółka

Tegoroczne dzieło Krauzego nie może niestety poszczycić się niczym więcej oprócz chaotycznie nakręconych i jeszcze gorzej zmontowanych scen niełączących się w żadną logiczną całość. Często nie wiadomo, co chcieli nam przekazać scenarzyści. W pewnym momencie główna bohaterka spotyka się z jakąś prawacką dziennikarką w kawiarni, błagając o informacje (które okazały się tylko pozbawionym znaczenia bełkotem o remoncie prezydenckiej kabiny), aby za moment (już w domu) ględzić swojemu chłopakowi, iż jej koleżanka po fachu należy do sekty smoleńskiej. W takim razie dlaczego tak pragnęła się z nią spotkać?

Źródło: Filmweb

Niby akcja pędzi niczym Shinkansen prowadzony przez pijanego maszynistę, ale jednocześnie nie ma w niej nic prócz chaosu pomieszanego z końską dawką nudy. De facto liczą się wyłącznie trzy postaci: Nina, jej fagas-kamerzysta (Maciej Półtorak) oraz szef TVM. Niby mamy jeszcze tajemniczy, czarny charakter (Jerzy Zelnik) i garść bohaterów epizodycznych (Błasikowa, jacyś piloci-eksperci, polonijny naukowiec-amator wzorowany na Wiesławie Biniendzie). Każda z tych rólek posiada głębię kałuży oraz nie służy absolutnie niczemu.

Paróweczki Antoniego M.

W pewnej chwili film ściąga płaszczyk pozorów rozrywki i bez pardonu wciska nam w gardło wyolbrzymione albo całkowicie zmyślone (na przykład zabójstwo kamerzysty, który miesiąc temu udzielił wywiadu tygodnikowi „Polityka”) niejasności śledcze, tworząc paskudny, propagandowy knot. Nie istnieją żadne wątpliwości. Zamach miał miejsce, a jakaś złowroga siła robi wszystko, aby prawda nie wyszła na jaw. Tym fabularnym wybiegiem obraz przekracza pewną granicę między filmem zaangażowanym politycznie a nachalną agitką, która koniec końców i tak odniesie skutek odwrotny do zamierzonego. Pan, panie Krauze, nie znasz umiaru, a twój mizerny warsztat tylko pogrąża fatalną całość. Do tego dochodzi karykaturalne przedstawienie Rosjan (smoleński kontroler lotu to jakiś ograniczony umysłowo alkoholik w jakże stereotypowej tielniaszce) oraz Polaków nieprzepadających za prezydentem Kaczyńskim (bezmyślna tłuszcza hałasująca na ulicy Franciszkańskiej w Krakowie i pod krzyżem w Warszawie). Sam Kaczyński został zresztą bezrefleksyjnie sportretowany na kogoś pokroju półboga tudzież wszechwiedzącego mędrca dyplomacji.

Jeszcze niżej! Jeszcze musisz!

Smoleńsk nie daje rady również na froncie aktorskim. Fido gra niczym w polsatowskich Trudnych Sprawach, a Klynstra dysponuje tylko jednym wyrazem twarzy — chytrego wnuczka okradającego spiżarkę babci z konfitur. Zelnik zaś pojawia się na kilkanaście sekund, robi głupią minę, a potem gdzieś znika. Może jakiś drobny potencjał krył w sobie Lech Łotocki, ale wszystko zostało zarżnięte przez nietrzymający się kupy scenariusz.

Ląduj, dziadu!

Czas na bzdury oraz potknięcia, których w Smoleńsku nie brakuje. Prawie jedna czwarta „dzieła” to archiwalne materiały telewizyjne o strasznie odstającej od prawdziwego filmu jakości obrazu. Nie wiem, jak rozdysponowano dziesięciomilionowy budżet, lecz na montaż musiało pójść naprawdę niewiele. Właściwie każdy z nas mógłby zostać montażystą tej produkcji. Wystarczy Windows Movie Maker, przeglądarka z rozszerzeniem umożliwiającym pobieranie plików wideo i voilà! Można już składać CV u Antoniego Krauzego.

Ale widzę mgłę!

Postprodukacja to jedno wielkie nieporozumienie. Doskwierają również mniejsze błędy popełnione już na etapie scenariusza albo zdjęć.

Źródło: Filmweb

oraz jej kamerzysta obchodzą budynek i zatrzymują się przy sporych rozmiarów niczym niezasłoniętym oknie, aby „po kryjomu” nakręcić materiał. Dziwne, że nikt wewnątrz nie zwrócił uwagi na wszędobylskiego faceta z kamerą, który nawet nie próbował żadnych sztuczek z ukrywaniem się ot sterczy baran, a my sobie poudajemy ślepców. W innej arcydurnej scenie prezydent Kaczyński włada perfekcyjnym angielskim, mimo że prawdziwy Lechu nie był w stanie niczego załatwić bez pomocy tłumacza. Ciekawie wygląda sprawa ze scenografią na lotnisku mającym odgrywać Smoleńsk-Siewiernyj w dniu katastrofy. Raz widzimy lichą mgłę. Za chwilę ona znika, żeby w następnym ujęciu znowu się zmaterializować. Magiczna mgła czy niedopatrzenie twórców?

Crossover stulecia

Z tym Smoleńskiem to dziwna historia. Film zapowiedziano ładnych parę lat temu, nakręcono jakiś wstępny materiał, a potem zabrakło kasy, dlatego rozpoczęto zbiórkę. Nie przyniosła oczekiwanych środków, toteż premierę przesunięto na bliżej nieokreślony termin. Następnie Krauzego poratował tajemniczy przedsiębiorca, a mimo to postprodukcja ciągnęła się w nieskończoność. Burzliwe dzieje wpłynęły na jakość finalnego produktu, czego musicie być świadomi, gdyby was podkusiło zarezerwować sobie bilet na wycieczkę machiną nudy i propagandy. Sam spodziewałem się, iż „Smoleńsk” będzie taką kinematograficzną kusogą dziełem tak złym, że aż dobrym. Nastąpiła jednakże tragiczna pomyłka. Wytwór Krauzego to obraz przegniły do szpiku kości, prawie pozbawiony komicznych elementów, które mogłyby zachwycić fana kina klasy Ź. Zaśmiałem się wyłącznie podczas dwóch scen: „ballady” Pietrzaka oraz finału zrealizowanego na kształt crossovera z Katyniem (2007), a szalone crossovery lubię, więc daję małego plusa.

W ramach ciekawostki…

Powyższa recenzja nie została przed laty dopuszczona do publikacji na portalu Filmweb. Pewna moderatorka kazała mi podać źródło MOJEGO tekstu. Nie docierało do niej, że to recka napisana przeze mnie. Ta sama osoba nie miała jednak oporów przed pozwoleniem na zamieszczenie obrzydliwej, propagandowej obrony tego pseudofilmowego chłamu, mimo iż tenże politykierski manifeścik nie miał absolutnie nic wspólnego z recenzją.


Antologię z moim opowiadaniem Smoczy Chrystus można już kupić. Dostępna jest również jako ebook.

ZOBACZ TAKŻE

Zostaw komentarz

Wprowadź swój komentarz
Wprowadź swoje imię

„Szpital New Amsterdam” – pacjent zawsze na pierwszym miejscu!

W ostatnim czasie Netflix zaskakuje nas licznymi nowościami. Kolejnym serialem dodanym na platformę jest Szpital New Amsterdam – dramat medyczny na podstawie książki Erica Manheimera....

„Imiona śmierci” – niezapomniana podróż przez Kraj Kwitnącej Wiśni

Książka Imiona śmierci, autorstwa Sylwii Waszewskiej, trafiła do księgarń 20 kwietnia. Ukazała się nakładem wydawnictwa Initium. To opowieść przede wszystkim o walce i zemście,...

Trylogia „Hell” usunięta – czy Pizgacz wyda „Start a fire”?

Niedawno głośno było o niezdrowej fascynacji i toksycznym fandomie trylogii Hell autorstwa P.S. Herytiera znanej jako Pizgacz. O ile uwielbienie dla twórczości i dzielenie...
- Reklama -