- Reklama -

Najsłynniejsi łowcy nagród – recenzja serialu „Cowboy Bebop” (2021)

Premiera aktorskiej wersji popularnego pod koniec lat dziewięćdziesiątych anime Shin’ichirō Watanabenego była jedną z najciekawiej zapowiadających się w końcówce tego roku. Nie obyło się oczywiście bez obaw, które towarzyszą każdej kinowej albo serialowej adaptacji kultowych japońskich filmów animowanych. Czy jednak tym razem fani się nie pomylili, zapowiadając, że najnowszy serial Netfliksa będzie paździerzem?

Wkrótce po tym, gdy pierwszy sezon Cowboy’a Bebopa został wreszcie udostępniony, w internecie pojawiło się sporo negatywnych recenzji. Na dużych portalach serial określano mianem „nieudanego” tudzież „patrzadła o niczym”. Onet zaś wystawił wyreżyserowanej przez Alexa Lopeza i Michaela Katlemana produkcji soczystą dwóję. Czyżby czarne prognozy się spełniły?

Fabuła tańczy hustle

Do serialu nie przeniesiono fabuły z anime w stosunku 1:1. Bynajmniej. Twórcy postanowili się jednak nią w racjonalny sposób zainspirować. Jak w oryginale mamy dwóch łowców nagród: Spike Spiegela (John Cho) oraz Jeta Blacka (Mustafa Shakir), przemierzających kosmos w swoim statku kosmicznym o nazwie „Bebop”. Z czasem do załogi dołącza wybudzona z wieloletniej hibernacji, cierpiąca na amnezję Faye Valentine (Daniella Pineda).

Źródło: Netflix

Ekipa podróżuje po kosmosie w poszukiwaniu przestępców, za których może zgarnąć trochę grosza w ramach nagrody. Nie oznacza to jednak, że każdy odcinek serialu poświęcony jest jakiemuś śledztwu. Te co prawda pojawiają się w tle, stanowiąc zaczątek ważniejszych wydarzeń, gdyż całość sezonu spina fabularną klamrą historia Spike’a, który nie do końca jest tym, za kogo się podaje. Splot wydarzeń ostatecznie doprowadza do finału. Bohaterowie muszą się w nim zmierzyć z wpływową kosmiczną mafią, określającą siebie mianem „Syndykatu”.

Symfonia światotwórcza

Jeżeli ktoś lubił anime, to fabuła aktorskiego serialu przypadnie mu do gustu, gdyż dokonano jej sprawnej reinterpretacji. Podobnie rzecz ma się z uniwersum, które oddano w produkcji Netfliksa z budzącą podziw pieczołowitością.

Źródło: Netflix

Cowboy Bebop został osadzony w eklektycznym, mieszającym przeróżne, pozornie niepasujące do siebie wizje świecie. Obok podróży kosmicznych i technologii terraformingu mamy w nim zwykłe, tankowane benzyną samochody oraz broń palną, a nie plazmową czy laserową. Ludzkość, po zniszczeniu Ziemi, bardzo wiernie odtworzyła środowisko z przełomu XX i XXI wieku. Tego rodzaju uniwersum oczywiście nie każdemu musi przypaść do gustu, ale naprawdę warto dać mu szansę. Niewykluczone, że jego urok wciągnie was bez reszty i obejrzycie cały sezon w dwa długie wieczory.

Aktorski pop

Długo usiłowałem doszukać się jakichś uchybień w grze aktorskiej. Nie rzuciły mi się jednak w oczy żadne rażące błędy ani źle dobrane role. Szczególnie doceniam Daniellę Pinedę jako Faye. Stało się tak wbrew wielu przeczytanym przeze mnie opiniom, według których to właśnie jej występ był najsłabszym. Nie zgadzam się z tym, a już szczególny niesmak wzbudzają we mnie żałosne narzekania, że serialowa Faye nie ma tak obfitego biustu, jak jej pierwowzór z anime Watanabenego.

Źródło: Netflix

Żegnaj, kosmiczny kowboju!

I tak oto dochodzimy do kwestii odzewu, z jakim spotkała się serialowa adaptacja Cowboy’a Bebopa. Przestrzegam was, abyście nie wierzyli fandomickim hejterom. Ten serial to naprawdę solidna produkcja, wręcz jedna z nielicznych w tym roku pozycji Netfliksa, którą po prostu nie tyle można, ile trzeba obejrzeć. Sam z niecierpliwością czekałem na drugi sezon. Niestety oficjalnie potwierdzono informację, że go nie dostaniemy. Na pewno nie w najbliższej przyszłości. Wielka szkoda.


Moja książka Ziemia i skrzydła jest już dostępna w sprzedaży, a także w ofercie abonamentu Legimi.

- Reklama -

Zostaw komentarz

Wprowadź swój komentarz
Wprowadź swoje imię