- Reklama -

NEWSY

„Wildcard” Marie Lu – recenzja

Wildcard to kontynuacja przygód Emiki Chen – tęczowowłosej łowczyni nagród oraz uzdolnionej hakerki – i zarazem zwieńczenie dylogii osadzonej w świecie science fiction, wydanej w Polsce przez Młodzieżówkę. Pierwszy tom wysoko postawił poprzeczkę, zwłaszcza dzięki zakończeniu, które wbiło mnie w fotel. Czy drugi był tak samo wciągający i trzymający w napięciu?

DZIKA KARTA W TARAPATACH

Akcja Wildcard rozpoczyna się kilka dni po wydarzeniach z Warcross. Po tym, jak wyszły na jaw prawdziwe zamiary Hideo, Emika jest rozdarta. Z jednej strony wciąż żywi do niego uczucia, z drugiej wie, że chłopak postępuje niewłaściwie i powinna zwrócić się przeciwko niemu. Decyzji nie ułatwia dziewczynie fakt, że Zero, niebezpieczny haker, którego tożsamość miała odkryć na zlecenie Hideo, proponuje jej dołączenie do grupy zwanej CzarnymiPłaszczami, by razem powstrzymali jej byłego szefa, nim nieodwracalnie przejmie kontrolę nad całą ludzkością. Kto tak naprawdę jest tym złym? Komu Emika zaufa? Czy zdoła ocalić świat i uchronić ukochanego przed nim samym?

POWTÓRKA Z ROZRYWKI?

Nie wiedziałam, czego się spodziewać po kontynuacji. Przed lekturą zadawałam sobie mnóstwo pytań i trochę się obawiałam, że drugi tom będzie kalką pierwszego. Fabuła dylogii opiera się na mistrzostwach Warcrossa i wirtualnym świecie, ale ile można czytać o opisach rozgrywek? Po pewnym czasie stałoby się to nużące. Wildcard na szczęście pokazuje świat wykreowany przez Marie Lu od innej strony i skupia się bardziej na psychice oraz motywacjach bohaterów. Ta część okazała się o wiele mroczniejsza, gdyż Emika wplątała się w sieć intryg i sama stała się ofiarą łowców nagród. Dziewczyna nie może zatem czuć się bezpiecznie, zwłaszcza że nie wiadomo, kto tak naprawdę jest jej wrogiem. Musi uważać na każdym kroku i rozważnie dobierać sojuszników. Lu trzyma czytelników nieustannie w niepewności i sprawia, że kwestionują swoje sympatie oraz antypatie wobec bohaterów.

O ile w pierwszej części bohaterka – w przerwach od tropienia Zero – poznawała uroki i możliwości futurystycznego Tokio, o tyle w Wildcard ma zaledwie osiem dni na dokonanie wyboru, zanim świat trafi we władanie Hideo. Emika więc nie pozwala sobie nawet na chwilę odpoczynku, dlatego akcja nieustannie pędzi. W tym tomie wszelkiego rodzaju rozrywki odeszły na bok. Nadszedł czas, aby stawić czoło poważnym problemom i uratować ludzkość, nim będzie za późno.

ZASKAKUJĄCE ZWROTY AKCJI

Gdy w połowie tomu pierwszego odgadłam tożsamość Zero, myślałam, że Lu już niczym mnie nie zaskoczy. Pomyliłam się. Zakończenie dosłownie zwaliło mnie z nóg. Wildcard nie ustępuje pod tym względem poprzednikowi. Autorka przygotowała kolejne zwroty akcji, na które nie byłam gotowa. Kiedy wyszła na jaw prawda o Zero oraz powodach jego zachowania, musiałam odłożyć na chwilę książkę i ochłonąć. Za samą historię tego bohatera byłabym skłonna przyznać Wildcard dziesięć gwiazdek. Dawno nie spotkałam się z tak dobrze wykreowanym losem postaci, zmieniającym zupełnie moje myślenie o niej.

ZAWODNICY WARCROSSA

Lu udało się sprawić, że każda postać mnie interesowała, co nie zdarza się zbyt często. Bohaterowie nie są papierowi ani powtarzalni, wydają się z krwi i kości. Każdy z nich ma swoje rozterki i zachowuje się inaczej. Chciałabym ich wszystkich naprawdę poznać.

W dylogii nie istnieje podział na czarne i białe charaktery, każdy jest szary i ma swoje motywacje do działania. Podoba mi się taki zabieg, gdyż uwielbiam niejednoznaczne postacie. To sprawiło, że w pewnym momencie, tak jak Emika, nie wiedziałam, komu można zaufać, co tylko bardziej mnie przyciągało do lektury.

Emika zdecydowanie nie jest typową bohaterką młodzieżówek. Ani razu nie zirytowała mnie swoim zachowaniem, rozumiałam wszystkie jej decyzje. Mimo że miłość odgrywa znaczną rolę w jej życiu, hakerka nie jest zależna od obiektu swoich uczuć. Stara się w miarę możliwości sama działać i planować. Nie odrzuca pomocy przyjaciół, gdy wie, że sama czemuś nie podoła. Szybko więc zapałałam do niej sympatią, podobnie jak do Hideo. Od pierwszego pojawienia się na kartach powieści Warcross stał się moim ulubieńcem i pozostał nim aż do końca. Mimo że nie zawsze postępował moralnie, nie potrafiłam być na niego zła. Jego motywacje zostały opisane na tyle dobrze, że nie potępiałam go za jego decyzje, do których popchnęła go rodzinna tragedia. Jest to doskonały przykład szarego bohatera.

W tej książce Lu skupiła się na rozwoju postaci Zero. W pierwszej do samego końca pozostawał zagadką, tutaj odsłonięte zostały wszystkie jego sekrety Największe zaskoczenie w powieści Wildcard wiązało się właśnie z nim, gdyż jego tożsamość okazała się znacznie bardziej skomplikowana, niż bohaterowie przypuszczali. Autorka poświęciła również więcej czasu przyjaciołom Emiki z drużyny. Każdy z nich przedstawił własną historię, niekiedy dość poruszającą, co pozwoliło mi się z nimi bardziej zżyć.

W Wildcard pojawiły się także nowe postacie, z czego jedna szczególnie zasługuje na chociaż krótkie omówienie. Jeżeli przyzwyczaję się do bohaterów z pierwszej części, to nie lubię wprowadzania nowych w kolejnych tomach. Dlatego przy pierwszym spotkaniu Emiki z Jax sądziłam, że jej nie polubię. Z biegiem akcji okazała się zupełnie inna niż na początku, a gdy opowiedziała swoją historię, moja sympatia do niej dorównała tej, którą odczuwam do głównej bohaterki. Jax to nieoczywista postać, dlatego za każdym razem, gdy się pojawiała, byłam podekscytowana.

TRUDNA MIŁOŚĆ

Choć w zakończeniu powieści Warcross drogi głównych bohaterów się rozeszły, w Wildcard następuje kontynuacja ich romansu. Ich związek nie jest jednak już tak kolorowy. Emika i Hideo nie mają też zbyt wielu wspólnych scen, zwłaszcza tych intymnych, ale gdy się spotykają, to czuć między nimi chemię. Dawno żadnej książkowej parze tak nie kibicowałam.

Cieszę się, że Lu udało się uniknąć typowego dla młodzieżówek trójkąta miłosnego. Po zakończeniu pierwszej części byłam pewna, że relacja moich ulubionych bohaterów skomplikuje się jeszcze bardziej przez to. Na szczęście Emika pozostała wierna swoim uczuciom.

NIEBEZPIECZEŃSTWO TECHNOLOGII

Największy plus dylogii to wykreowany świat, w którym korzystanie z najnowszych technologii jest na porządku dziennym, a najpopularniejszą rozrywkę stanowi gra Warcross, której turnieje wszyscy śledzą z zapartym tchem. W książkach Lu granica między prawdziwą a wirtualną rzeczywistością się zatarła, co wpłynęło znacząco na życie całej ludzkości. W pierwszej części byłam zafascynowana futurystycznym Tokio pełnym nieskończonych możliwości. Podczas lektury wielokrotnie zazdrościłam Emice i chciałam choć na chwilę zamienić się z nią miejscami, by zagrać w Warcrossa. Jednak w Wildcard gdy autorka pokazała, z jakimi niebezpieczeństwami wiąże się wszechobecna wirtualna rzeczywistość, zaczęłam się zastanawiać, jak by było, gdyby to nasz świat tak wyglądał i kto by na tym zyskał najbardziej.

Wildcard zatem nie tylko dostarcza mnóstwa rozrywki, lecz także skłania do refleksji nad rzeczywistością bohaterów, która prawdopodobnie kiedyś nas czeka. Lu pokazała, jak szybko człowiek uzależnia się od technologii, choć ta może łatwo się obrócić przeciwko niemu. Z książki wysnuwa się również wniosek, że powrót do czasów sprzed ulepszeń jest niemożliwy, mimo że pod kontrolą niewłaściwych ludzi stały się one niebezpieczne.

CZY NA PEWNO TAKIE IDEALNE?

Ani Warcross, ani Wildcard nie są pozbawione wad. Bawiłam się jednak przy nich tak dobrze, że nie zwróciłam uwagi na błędy, nielogiczności czy luki w fabule. Jedynym zauważalnym dla mnie minusem jest zakończenie drugiej części, a konkretnie ostatnie strony książki. Odniosłam wrażenie, że Lu chciała zbyt wiele na nich zawrzeć, by zamknąć całkowicie historię. Zdają się przez to nieco pospiesznie napisane. Zabrakło przynajmniej jeszcze jednego rozdziału poświęconego rozwiązaniu wszystkich spraw. Nie wpłynęło to jednak znacząco na moje postrzeganie powieści. Dostrzegam zaletę tej decyzji Lu – nie zostawiła nas z pytaniami bez odpowiedzi (ani – niestety – nadziejami na kolejny tom).

PODSUMOWANIE

Sięgnęłam po tę dylogię tylko dzięki nazwisku figurującemu na okładce, gdyż poprzednie dzieła Marie Lu podbiły moje serce. Uznałam więc, że dam szansę Warcrossowi, choć byłam sceptycznie nastawiona do fabuły. Lubię wirtualne światy, ale wolę je podziwiać na ekranie niż na papierze. Jak się okazało, bawiłam się w trakcie lektury lepiej niż przy niejednej grze czy filmie z motywem wirtualnej rzeczywistości. Warcross i Wildcard zdecydowanie zasługują na miejsce w moim rankingu ulubionych książek przeczytanych w 2021 roku. Choć nieco się od siebie różnią, oba są na tym samym poziomie, dlatego nie umiałabym powiedzieć, który tom bardziej mi się podobał. Jedyne, co mogłabym ocenić wyżej, to okładkę – szata graficzna drugiej części bardziej trafia w mój gust.

Cieszę się, że wreszcie poznałam zakończenie przygód Emiki, na której barkach spoczął los dwóch światów – rzeczywistego oraz wirtualnego. Czy ostatecznie go udźwignęła? Na to pytanie musicie znaleźć odpowiedź sami w Wildcard. A ja tymczasem z niecierpliwością czekam na kolejne książki Lu i trzymam kciuki, by powstał serial na podstawie tej fantastycznej dylogii.


Szukasz science fiction, ale w innej odsłonie? Zachęcam do przeczytania recenzji książki Filipies na Marsie.

Latest Posts

- Reklama -

Więcej recenzji