- Reklama -

Witajcie w Night City! – recenzja gry Cyberpunk 2077

Lata oczekiwania, ogromny hype, kilkukrotnie przekładana premiera, wreszcie ukazanie się gry w grudniu i wielka awantura o nie najlepszy stan techniczny na konsolach odchodzącej generacji. Cyberpunk 2077 rozpalił wyobraźnię graczy, aby ich ostatecznie podzielić. Entuzjastyczne opinie zdają się jednak dominować nad głosami niezadowolonych. Czy CD Projekt Red rzeczywiście dał radę?

Objawienie świata elektronicznej rozrywki czy po prostu przereklamowane, pełne bugów crapiszcze? A może coś pomiędzy? Recenzowanie Cyberpunka 2077 nie należy do najłatwiejszych, lecz zacznijmy od początku.

Źródło: Steam

Cyberpunk 2077 to growa adaptacja papierowego, stworzonego przez Mike’a Pondsmitha systemu RPG Cyberpunk 2020. Ten erpeg cieszył się niegdyś w Polsce sporą popularnością, ponieważ jego akcja toczyła się w uniwersum zupełnie odmiennym niż takie z klasycznego fantasy w stylu Dungeons & Dragons. Minęło jednak wiele lat i wizję amerykańskiego twórcy gier należało odrobinę unowocześnić. „Redzi” unowocześnili, lecz w moim odczuciu dało się to zrobić lepiej. Przynajmniej w kwestii zbyt uproszczonej względem oryginału mechaniki, do której w tej recenzji jeszcze wrócę.

To co? Jedziemy?

Cyberpunk 2077 już po uruchomieniu wręcz bombarduje odbiorcę masą gęstego klimatu. Ukazane w intrze Night City intryguje i przyciąga. Chce się od razu wskoczyć w świat gry, aby odwiedzić pełne drapaczy chmur Centrum, a potem, przez biedną, bardzo niebezpieczną Pacificę, dotrzeć na gorące pustkowia. Najpierw jednak trzeba będzie stworzyć swoje alter ego, czyli postać V.

W grze nie ma klas postaci, ale na samym początku zostajemy poproszeni o wybór dotychczasowej ścieżki życia. I tak V może być podróżującym przez wyniszczoną wojnami Amerykę nomadem, urodzonym w Night City ulicznym cwaniakiem lub pozbawionym skrupułów pracownikiem korporacji. Ścieżka życia nie wpływa w żaden sposób na statystki postaci, a jedynie warunkuje sam początek gry, kilka questów w trakcie, a także bonusowe linie dialogowe (na przykład V korpos może w rozmowie powołać się na znajomość zasad panujących w brutalnym półświatku korporacji). Mechanika ścieżki życia nie należy może do przełomowych, ale stanowi naprawdę fajny smaczek.

Źródło: Steam

Następnie czeka nas fizyczne stworzenie V. Kreator jest porządny i w zasadzie tylko tak można go opisać. Z pewnością nie spędzicie w nim długich godzin. Głośno reklamowana w mediach przed premierą opcją customizacji genitaliów ogranicza się do wyboru penisa obrzezanego, nieobrzezanego oraz jednej waginy (z włosami łonowymi lub bez). Ciekawostką jest możliwość zrobienia postaci transpłciowej.

Lubię Night City…

Wreszcie, ukończywszy prolog, otwiera się przed nami możliwość eksplorowania Night City. Świat jest jednym z najmocniejszych punktów gry. Podróżowanie po mieście wciąga niczym czarna dziura. Już jedno z pierwszych miejsc, megablok, w którym V wynajmuje kawalerkę, to mistrzowsko zaprojektowana, klimatyczna lokacja. Kręciłem się po budynku przez dobrych kilkanaście minut, zanim wyruszyłem na ulicę. Długo można by pisać o Night City i jego pełnych dusznego, antyutopijnego nastroju zakamarkach, ale niech każdy przekona się o tym na własne oczy. To najlepiej wykreowany cyberpunkowy świat w historii elektronicznej rozrywki.

Drugim, po uniwersum, najmocniejszym punktem Cyberpunka 2077 są fabuła oraz postacie. Historia kradzieży korporacyjnego chipa, a potem desperackiej walki o życie to fabularny majstersztyk. Nie brak w nim momentów zarówno humorystycznych, jak i smutnych. Romansowych i kryminalnych wątków, a także stojących do nich w opozycji tych wznioślejszych, często zmuszających gracza do refleksji o trudnych realiach cyberpunkowego świata, wszechwładzy korporacji oraz ogarniającego ludzkość upadku.

Z takim samym rozmachem jak misje główne przygotowano niektóre zadania dodatkowe, kontynuujące wątki rozpoczęte w głównych. Najbardziej podobała mi się seria zadań dla nomadzkiego klanu Aldecaldos, aczkolwiek prawdziwe poruszenie poczułem przy smutnej, zrealizowanej w postaci questu scenie stypy po przyjacielu V, Jackiem Wellesie.

Oczywiście nie wszystkie misje zostały stworzone z równą pieczołowitością. Nie brakuje szybkich, przyjmowanych przez telefon kontraktów, lecz nawet one mają drobne, fabularne tło, przedstawione za pomocą wiadomości tekstowych, notatek lub czasem szczątkowych, podsłuchanych rozmów.

Hakami, katanami i spluwami

Pora napisać kilka słów o mechanice. Jak już wspomniałem, ta w Cyberpunku 2077 została znacznie uproszczona względem papierowego pierwowzoru Pondsmitha. „Redzi” nie zaimplementowali klas postaci, lecz nic nie stoi na przeszkodzie, aby przy mądrym doborze atrybutów i atutów uczynić z V koksa rozwiązującego każdy problem za pomocą dwururki, szybkiego ninję z kataną albo skradającego się netrunnera, który hakuje systemy bezpieczeństwa, od czasu do czasu likwidując jakiegoś bardziej irytującego przeciwnika za pomocą pistoletu z tłumikiem.

Źródło: Steam

Mechaniczne uproszczenia poszły jednak nieco za daleko, w efekcie czego Cyberpunk 2077 stał się… looter shooterem. Podczas gry zbieramy masę karabinów, pancerzy i zwykłych drobiazgów. Większość od razu można sprzedać w specjalnych automatach, jednak bardzo często zdarza się zdobyć broń, która ma lepsze statystyki niż dotychczas używana. Początkowo system ten wydaje się całkiem sprawnie zaprojektowany, lecz bardzo szybko masowe zbieractwo zaczyna męczyć. Moim zdaniem gra lepiej poradziłaby sobie bez rozwiązań żywcem zaczerpniętych z serii Borderlands.

Technikalia

Szeroko zachwalana grafika Cyberpunka 2077 wydaje się przeciętna. Grałem na wysokich detalach, bez ray tracingu i oprócz nocnych widoków, które w Night City rzeczywiście mogą zachwycić, nic nie zrobiło na mnie większego wrażenia. Uszkodzenia pojazdów wyszły wręcz niskobudżetowo. Nie mogą się równać z tymi, do których przyzwyczaiła nas seria Grand Theft Auto.

Do warstwy dźwiękowej mam ambiwalentne odczucia. Bardzo dobrze wyszedł polski dubbing, zwłaszcza rola Michała Żebrowskiego jako Johnny’ego Silverhanda, lecz sama warstwa muzyczna nie należy do wyszukanych. Muzyka towarzysząca graczowi podczas walki po dłuższym czasie zaczyna nużyć, a wśród kilkunastu dostępnych w grze stacji radiowych ciężko wskazać coś naprawdę wartego uwagi. Wybór jest ograniczony do techno łupanki i jakiegoś kiepskiego rapu.

Napraw bugi, samuraju!

Nadszedł czas napisać parę słów o szeroko komentowanym w internecie stanie technicznym produkcji. Grałem na PC i w skrócie mogę stwierdzić: nie jest najlepiej. Naprawdę szkoda, że „Redom” zabrakło jeszcze tych dwóch albo trzech miesięcy na dopracowanie całości. Co prawda nie zdarzyło mi się natrafić na buga, który uniemożliwiłby ukończenie jakiegoś zadania, lecz wielokrotnie miałem okazję „podziwiać” przeróżne wpadki graficzne pokroju lewitujących papierosów, teleportujących się znienacka aut czy gliczów interfejsowych, gdy z ekranu nie znikała jakaś informacja, która zniknąć powinna.

Źródło: Steam

Największe wkurzenie wywołał u mnie fakt notorycznego wysypywania się gry do Windowsa. Nie miało to miejsca przy każdej, kilkugodzinnej sesji z grą, lecz gdy Cyberpunk 2077 raz się „wypłaszczał”, to już wiedziałem, że wywali się jeszcze ze dwa lub nawet trzy razy, zanim tego dnia skończę grać.

Podsumowanie

Dzieło CD Projekt Red nie zasługuje na ocenę 10/10. Nie jest to też gra w żadnym aspekcie rewolucyjna, lecz mimo to ma w sobie sporo uroku, który doceni każdy szanujący się gracz. Polecam zwłaszcza ludziom, którzy od dawna czekali na wysokobudżetową, cyberpunkową produkcję. Reszta też będzie się wyśmienicie bawiła, aczkolwiek nie ukrywam, iż Cyberpunkowi 2077 przydałoby się jeszcze kilka łatek. Te zapewne wyjdą przed już zapowiedzianym, darmowym DLC.


Polecam najciekawsze fanowskie teorie spiskowe o Igrzyskach Śmierci.

- Reklama -

Zostaw komentarz

Wprowadź swój komentarz
Wprowadź swoje imię