ŚMIERĆ NADCHODZI
Celia Tremblay poświęciła się, by ocalić bliskich – w tym ukochanego Michaiła. Dziewczyna wraca jednak do życia jako wampirzyca, zmuszona mierzyć się z nieustającym pragnieniem krwi. Ale to nie jest jedyny problem – granica między życiem a śmiercią zostaje naruszona, przez co pojawiają się nowe zagrożenia, a nad wszystkim unosi się widmo Śmierci. W obliczu nadciągającej katastrofy Celia i Michaił muszą spróbować naprawić zasłonę oddzielającą światy.
BYŁO LEPIEJ NIŻ POPRZEDNIO
W porównaniu do pierwszego tomu tutaj akcja rusza znacznie szybciej, a na to najbardziej narzekałam w recenzji Szkarłatnego welonu. Praktycznie od samego początku zostajemy wrzuceni w wir wydarzeń, co zdecydowanie wypada na plus. Historia jest bardziej dynamiczna, mniej rozwleczona i skupiona na konkretach. Mogłabym jedynie ponarzekać, że jeżeli nie odświeżyliście sobie pierwszej części, to minie trochę czasu, nim wkręcicie się w tę. Przynajmniej ja tak miałam – musiałam przypomnieć sobie pewne szczegóły, bo autorka nie streszcza zdarzeń ze Szkarłatnego welonu.
ŚWIETNA PARA – OBY WIĘCEJ TAKICH
Największym atutem książki jest bez wątpienia relacja głównych bohaterów. Choć nie przepadam za romansami, tutaj został on poprowadzony naprawdę dobrze i uważam go za najlepszy aspekt tej historii. Celia i Michaił świetnie do siebie pasują. I, co najważniejsze, nie rzucają się od razu na siebie – powoli poznają siebie.
Szczególnie pozytywnie zaskoczył mnie Michaił. Szczerze mówiąc, osobno on lepiej tu wypada niż ona. W tym tomie zyskał głębię i stał się bohaterem, któremu naprawdę można kibicować. Jest opiekuńczy, szarmancki i nie wywiera presji na Celii. Ich wspólne sceny były zdecydowanie najciekawsze.
I PO CO ONI?
Podtrzymuję zdanie, że Oblubienica cieni lepiej funkcjonowałaby jako całkowicie odrębna opowieść, a nie poniekąd kontynuacja Gołębia i węża. Przewracałam oczami, gdy Lou wychodziła momentami na pierwszy plan. Obecność tej wiedźmy oraz pozostałych bohaterów z tamtej trylogii – zwłaszcza na początku książki – raczej mnie irytowała, niż cieszyła. Na szczęście z czasem te postacie schodzą na dalszy plan, ustępując miejsca nowym protagonistom. Ale mogłoby ich całkiem nie być – dostaliśmy przecież tu masę innych fajnych osób, choćby Odessę.
CO TO ZA KRWIOPIJCY?
Jednym z największych minusów Oblubienicy cienia jest sposób przedstawienia wampirów. O ile w pierwszym tomie nie było to aż tak odczuwalne, to tutaj wyraźnie widać negatywne podejście Mahurin do tych istot. Wampiry zostały sprowadzone niemal wyłącznie do roli bezmyślnych potworów, a ich natura przedstawiona jako coś jednoznacznie złego. Wyjątkiem są oczywiście główni bohaterowie, którzy jako jedyni zachowują człowieczeństwo i rozsądek.
ZABRAKŁO ŁYŻKI DZIEGCIU W TEJ BECZCE MIODU
Największym rozczarowaniem okazało się jednak zakończenie. Jest ono całkowicie cukierkowe. Gdzie poświęcenie czy jakaś strata? Ja kocham takie słodko-gorzkie zakończenia, żeby było nie za miło i nie za brutalnie. Tutaj wszystko układa się aż za dobrze, co niestety odbiera historii głębię oraz emocjonalny ciężar. Okazało się po prostu, że nie warto było drżeć o kogokolwiek podczas czytania tej dylogii.
PODSUMOWANIE
Oblubienica cienia wypada zdecydowanie lepiej od Szkarłatnego welonu – jest przede wszystkim bardziej dynamiczna. Na plus zaliczyć można dobrze poprowadzoną relację Celii i Michaiła – nie ma tu pośpiechu, bohaterowie wciąż się poznają, przepracowują różne kwestie. Nie obyło się jednak bez minusów, jak choćby słabego moim zdaniem przedstawienia wampirów czy zbyt idealnego zakończenia.
Choć oceniam Oblubienicę cienia jako całkiem miło spędzony czas, raczej nie sięgnę po kolejne historie tej autorki. Inni bohaterowie z tej serii po prostu aż tak mnie nie interesują i nie czuję niedosytu po finale – twórczość Shelby Mahurin uznaję za zamknięty rozdział. Chyba że wyda coś zupełnie innego, niezwiązanego z Lou i resztą!
Zapraszam do recenzji Gołębia i węża.


