- Reklama -

„Dom z papieru” nie zachwyca, ale… – recenzja pierwszej połowy 5. sezonu.

Pierwszą połowę 5. sezonu Domu z papieru mogliśmy oglądać już ponad tydzień temu. Mnie udało się zapoznać z nim jakoś dwa dni po premierze. Nie spieszyłem się, bo zarówno 3., jak i 4. sezon nie były zbyt zachęcające, ale w końcu jestem gotowy, aby podzielić się z Wami swoimi wrażeniami. Pierwsza połowa finałowego sezonu to nie arcydzieło, ale też nie totalna porażka.

UWAGA: Tekst może zawierać drobne spoilery

Mówi się, że pierwsze części zawsze są najlepsze. Rzeczywiście coś w tym jest i częściowo popieram tę opinię, ale bywa tak, i to dosyć często, że właśnie kontynuacje okazują się ciekawsze i bardziej dopracowane. Niestety w przypadku 5. sezonu Domu z papieru mamy do czynienia z pierwszą z opcji.

To już nie to samo, co kiedyś…

Miałem się przyłożyć, podejść do napisania recenzji profesjonalnie i przeanalizować cały serial, tak jak należy. Jednak to już jest koniec. Skoro kończy się pewien etap w historii Netfliksa, mogę sobie pozwolić na przelanie żalów i pochwał prosto z serca. 3… 2… 1… Zaczynamy!

Dom z papieru był serialem, dzięki któremu w ogóle zakumplowałem się z tą popularną platformą streamingową. Tak naprawdę nie mogę zaliczyć się do grona doświadczonych użytkowników, bo jeszcze 4-5 lat temu o Netfliksie tylko słyszałem, czasami (raczej rzadziej niż częściej). Skoro coraz więcej mówiono o La casa de papel, a wizerunek Salvadora Dalego (użyty w formie maski) królował w mediach prawie przy każdym odświeżeniu strony, musiałem wreszcie nadrobić zaległości.

Pierwsze dwa sezony to było coś niesamowitego, coś świeżego, naprawdę ciekawego, wciągającego i szokującego, w dodatku z dialogami w pięknym, hiszpańskim języku. Cudowności.

3. sezon klimatycznie już nieco odstawał od swoich poprzedników, ale wciąż były nadzieje, że wszystko wyjdzie na dobre. 4. sezon skutecznie te nadzieje pogrzebał. No po prostu to nie było to. Miałem wrażenie, że twórcy za bardzo dali się ponieść, poczuli presję sławy… Dom z papieru był dobrze zmontowany, z perfekcyjnie dobraną obsadą, ciekawymi postaciami, cudowną ścieżką dźwiękową, ładnymi kadrami. Aż tu nagle okazał się wielkim hitem i wszystko się popsuło.


Chcesz poznać zdanie naszych czytelników? Przeczytaj opinie: Jak podobał Wam się 5. sezon „La casa de papel”? – wywiad z fanami serialu! [SPOILERY]


5. sezon to wypalające się nadzieje, które cudem przetrwały

Wbrew obiegowej opinii, wierzyłem, że finał okaże się mimo wszystko dobrym zwieńczeniem całej historii. Nie będę pisał, że to beznadzieja, bo nadal można go obejrzeć w jakimś tam napięciu, ale nie bójmy się oczekiwać więcej, zwłaszcza po tytule określanym już jako kultowy.

Pierwszej połowie finałowego sezonu koloru nadaje postać Sierry – policjantki, która odsunięta od sprawy tropi Profesora na własną rękę i zachodzi go w siedzibie, skąd Profesor kieruje działaniami swoich ludzi przebywających w Banku Hiszpanii.

Przez pierwsze odcinki dawałem się zwodzić, że wątek z Sierrą zakończy się inaczej, niż można byłoby zakładać, ale potem sprawy potoczyły się oczywistym torem. Równocześnie z mianem najciekawszej postaci 5. sezonu Sierrę możemy określać jako przykład irracjonalizmu i niedorzeczności fabularnej. Kobieta w zaawansowanej ciąży, stricte na jej rozwiązaniu, zakrada się do silnego mężczyzny, obwiązuje go łańcuchem, szarpie i spuszcza na tym łańcuchu z mostu, przytrzymując dwa metry nad taflą wody. Później wciąga z powrotem na most, przywiązuje do fotela, obezwładnia po drodze kolejnych dwóch mężczyzn i spokojnie, jakby nigdy nic, działa dalej.

Kolejne kłopoty

5. sezon to rosnące zagrożenie. To również śmierć kolejnych bohaterów, rozterki następnych i psychoza pozostałych. Bohaterowie muszą stoczyć prawdziwą wojnę, koniec uprzejmości.

Profesor uwięziony przez Sierrę nie może porozumieć się ze swoimi ludźmi. Grupa znajdująca się w banku musi samodzielnie znaleźć rozwiązanie na wyjście z tarapatów.

Nie jest źle, bo serial nadal trzyma w napięciu, choć absurd goni absurd. Giną kolejni bohaterowie, atmosfera jest coraz gęstsza. Ponadto Arturo coraz bardziej podburza zakładników.

Retrospekcje, muzyka i te kadry, ach… – to ratuje klimat

Mocnym atutem finału są retrospekcje, które tym razem rzeczywiście wnoszą wiele do fabuły. We wspomnieniach wracają Berlin i Nairobi. Dowiadujemy się wiele o przeszłości bohaterów, o ich motywach, ideałach. W ten sposób twórcy serialu chcą, abyśmy jeszcze bardziej zżyli się z postaciami. W szczególności ciekawa staje się przeszłość Berlina, który złodziejskiego fachu postanowił nauczyć niegdyś swojego krewnego.

A muzyka? Kompozytorzy serialu robią naprawdę świetną robotę i w ich przypadku poziom jest utrzymywany na tym samym poziomie od pierwszych scen pierwszego sezonu.

Ujęcia są estetyczne, klimatyczne, ładne po prostu. Pod względem technicznym dobrze się ogląda i jeśli skupić się tylko na tym, otrzymujemy dobry obraz filmografii.

Oczekujcie wielkiego zakończenia

Jakby na to nie spojrzeć, pewne jest jedno: 5. sezon daje nam odpowiedzi na wiele pytań i wypełnia pustkę po wcześniejszych niewiadomych. Jest to także najbardziej epicka część serii, w której akcja bardzo pędzi, a zwalnia tylko na czas retrospekcji.

Chcemy zakończyć serię w stylu, w jakim sobie wyobrażają, i o którym marzą, fani. Álexa Rodrigo, jeden z twórców serialu

Mimo raczej negatywnych opinii w mediach (chociaż, moim zdaniem, nie ma tragedii) przed nami nadal jest 5 odcinków, które trafią na platformę 3 grudnia 2021 roku. Wiele się może wydarzyć, a przez czas między premierą jednej a drugiej części 5. sezonu twórcy na pewno nie pozwolą zapomnieć o Domu z papieru.

- Reklama -

Zostaw komentarz

Wprowadź swój komentarz
Wprowadź swoje imię